Proputinowska Platforma

To, że politycy Platformy Obywatelskiej niczym targowiczanie biegną po pomoc przeciwko własnemu krajowi do zagranicznych ośrodków, już przestało dziwić. Gdy jednak były premier i były minister obrony narodowej bronią człowieka podejrzanego o współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, to już zakrawa na zdradę.

Parlamentarzyści PO publicznie mówią, że Piotr Pytel, podejrzany o współpracę z Federalną Służbą Bezpieczeństwa Rosji, jest „bohaterem”. Może rzeczywiście dla ludzi Platformy człowiek wysługujący się Moskwie to wzór żołnierza i patrioty, ale to wzorce żywcem wzięte z czasów zaborów i sowieckiej okupacji. Jeśli już można pana Pytla do kogoś porównywać, to jedynie do ludzi pokroju Aleksandra Wielopolskiego. Donald Tusk pisze na Twitterze: „Jestem dumny, że jako premier mogłem współpracować z generałami Pytlem i Noskiem. Byli i są wzorem odpowiedzialności, patriotyzmu i honoru”. Tusk napisał to, co rzeczywiście myśli – dla niego współpraca z FSB to dowód „patriotyzmu”. Szkoda tylko, że pod wpisem nie zamieścił zdjęcia, na którym widać, jak z radością ściska się z Putinem w miejscu, gdzie zginął polski prezydent. Wtedy byłoby całkiem jasne, jaki „patriotyzm” i „honor” ma na myśli.

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Niedziela do przemyślenia. Krajobraz po wyborach samorządowych

W tekstach pisanych w noc wyborczą zawsze wypada zacząć od zastrzeżenia, że nie zna się jeszcze wyników. Pisząc te słowa, mam do dyspozycji jedynie wyniki exit poll i materiał w postaci obserwacji reakcji polityków, mediów i tych wyborców, którzy aktywni są w mediach społecznościowych.

Dwa tygodnie temu przewidywałem, że wynik wyborów pozwoli ogłosić zwycięstwo obu głównym stronom sporu, a każda z nich będzie miała do tego podstawy – Prawo i Sprawiedliwość zwiększy stan posiadania w sejmikach, Koalicja Obywatelska zachowa wszystkie lub prawie wszystkie fotele prezydentów miast. Jak na razie wszystko się zgadza, jednak należy się przyznać także do prognoz chybionych. Przewidywałem drugie tury i w Krakowie, i w Warszawie, zakładając równocześnie, że wygrana w drugim z tych miast jest praktycznie nieosiągalna. Wszystko wskazuje na to, że o ile Kraków pozostał w grze, Warszawa jest dla Patryka Jakiego stracona. Przynajmniej w tej kadencji.

Hiperaktywność nie pomogła
Prawo i Sprawiedliwość wybory do sejmików wygrywa w dziewięciu województwach, nie wiemy jednak, czy zdobędzie większość lub koalicjanta do rządzenia w wymiarze większym niż dotąd. Tak czy inaczej poprawia swój wynik w stosunku do poprzednich wyborów samorządowych, choć wypada słabiej niż w najlepszych sondażach. Niepokojąco dla PiS wypadają jednak wyniki z miast powyżej 50 tys. mieszkańców. Tu, zgodnie ze stereotypem, który został nadkruszony w wyborach parlamentarnych, wygrywa opozycja. Im większe miasto, tym wyraźniej. Co gorsza, patrząc już na wyniki wyborów prezydenckich w poszczególnych miastach, trudno jest dziś napisać oczywistą, wydawałoby się, konkluzję, że Prawo i Sprawiedliwość musi znaleźć sposób na wielkie miasta. W Warszawie zrobiono przecież bardzo dużo, by zdobyć sympatię mieszkańców i nie przyniosło to, jak widzimy, efektu. I na tym przypadku zatrzymam się chwilę dłużej.

Kampanii Patryka Jakiego nie można zarzucić właściwie niczego, przynajmniej jeśli chodzi o zaangażowanie kandydata i jego bezpośredniego otoczenia. Hiperaktywny Jaki spotykał się z mieszkańcami, budząc niekłamany entuzjazm. Zgłaszał mnóstwo propozycji dla miasta, przedstawiał program wielokierunkowy i dalekosiężny, ambitny i modernizacyjny, słowem, jawić mógł się jako wizjoner – tym samym łamał w drzazgi stereotyp PiS jako siły, która w obawie przed korupcją rezygnuje z modernizacji, co było najczęstszym chyba zarzutem wobec czasów Lecha Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu.

Angażem Piotra Guziała Jaki powinien zaś zaskarbić sobie poparcie części lewicowego miejskiego elektoratu lub przynajmniej trochę zneutralizować jego obawy, choćby kosztem nieznacznego procenta głosów prawicy, będącym do odzyskania w oczekiwanej przez wszystkich drugiej turze. Jedynym, lecz być może kluczowym gorszym momentem kampanii była debata prezydencka, w której Patryk Jaki wypadł nieźle, lecz moim zdaniem trochę poniżej oczekiwań. Tu jednak warto też zaznaczyć, że naprawdę niezły poziom wystąpień Marka Jakubiaka z prawej, zaś Piotra Ikonowicza z lewej strony nie przełożył się na wyniki wyborcze tych kandydatów.

Konserwacja patologii
Rafałowi Trzaskowskiemu zarzucano, że prowadzi kampanię w stylu Bronisława Komorowskiego. I ten zarzut był całkowicie uzasadniony, tyle że tak jak kampania 2015 wystarczyła Komorowskiemu, by wygrać w Warszawie w II turze, tak samo wystarczyła, by ten sam sukces – i to już za pierwszym razem – powtórzył Trzaskowski. Pomijając tradycyjny zestaw zarzutów co do uczciwości i przejrzystości procesu wyborczego (jak powtarzane historie o rzekomych autokarach zwożonych do stolicy wyborców z prowincji mających przeważyć szalę na rzecz Jakiego) czy skargi na wydawanie niekompletnych zestawów kart i inne sztuczki komisji, trzeba szukać przyczyn czysto politycznych.

Bardzo słabe wyniki pozostałych kandydatów, którzy mogliby w dalszym procesie wyborczym poprzeć Rafała Trzaskowskiego, pokazują, że obóz polityczny przeciwników PiS dokonał pełnej mobilizacji już w pierwszej turze i potraktował ją w pewien sposób podobnie do starcia Duda–Komorowski sprzed trzech lat. To wystarczyło, ponieważ tym razem warszawskiej specyfiki nie zrównoważyły głosy z innych rejonów kraju. Tymczasem, choć poza Jakubiakiem raczej trudno spodziewać się, by ktoś z kandydatów wprost poparł Patryka Jakiego w drugiej turze, można założyć, że jakiś niewielki procent głosów jednak przypadłby mu w kolejnym głosowaniu. Być może z prawej, która postanowiła zaczekać z poparciem, by okazać niezadowolenie z powodu zaangażowania Guziała, być może też ze strony miejskiej lewicy.

Należy dodać, że kandydatowi PiS nie pomógł na pewno agresywny spot antyimigrancki, który przypomniał lewicowym wyborcom o ich wszystkich obawach związanych z rządzącymi, które Jaki przez kilka miesięcy próbował rozwiewać. Wszystko to dałoby się naprawić w drugiej turze, być może też udałoby się jeszcze zdobyć nowe głosy, choćby w razie wygrania drugiej debaty prezydenckiej czy mobilizacji osób, które nie chciałyby czwartej kadencji PO i Hanny Gronkiewicz-Waltz. Gdy drugiej tury zabrakło, potwierdziły się wszystkie najgorsze stereotypy o warszawskich wyborcach, w swej większości egoistycznych i nieczułych na ludzką krzywdę, kierujących się bądź własnymi kompleksami, bądź tanimi chwytami każącymi wybrać raczej klasowego lizusa niż trochę zawadiackiego nowego. Czy będzie to oznaczało konserwację patologii ratusza i trwanie eldorado mafii reprywatyzacyjnej, a zarazem gehenny lokatorów? Zapewne tak.

Łzy dały procenty
Podobna sytuacja powtórzyła się, choć nie wszędzie, w innych dużych miastach. Uderza przypadek Łodzi, gdzie w obliczu wytoczenia przez władze centralne naprawdę ciężkich armat, mieszkańcy skonsolidowali się wokół skazanej już prawomocnym wyrokiem Hanny Zdanowskiej. Wygląda na to, że powtarza się historia Beaty Sawickiej, przynajmniej w wymiarze wizerunkowym. Łzy, wykreowanie się na ofiarę odniosły skutek, w czym zapewne pomogła również skromna skala wykroczenia prezydent.

Pierwsza tura załatwiła sprawę w Poznaniu, Lublinie (jak widać prezydentowi Żukowi nie zaszkodziła atmosfera wokół niedawnej parady równości), być może również we Wrocławiu, choć tu sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Duży sukces odniósł Kacper Płażyński w Gdańsku, początkowo wiele sondaży nie przewidywało jego udziału w dogrywce. Przegrana Jarosława Wałęsy ma znaczenie symboliczne.

PiS nie ma podstaw, by ogłaszać porażkę. Poprawił wyniki na szczeblu samorządowym, być może zdobędzie władzę w kilku sejmikach i będzie miał dobre relacje z prezydentami kilku całkiem dużych miast. Opozycja nie dostała premii za zjednoczenie, nie poprawiła stanu posiadania, lecz nie została też znokautowana. W Warszawie PiS przegapił najlepszy moment, pozwalając Hannie Gronkiewicz-Waltz dotrwać do końca kadencji.

Patryk Jaki nie powinien się znaleźć na bocznym torze, ponieważ pozostaje nową gwiazdą prawicy. W mniejszym stopniu dotyczy to też jego kolegów, którzy startowali w innych miastach. Partii rządzącej potrzebna jest jednak refleksja, czemu w tak dobrych warunkach nie udało się osiągnąć więcej. Ograniczona w zasięgu wygrana z niedzieli może być potraktowana jako otrzeźwienie przed wyborami parlamentarnymi. Trzeba będzie jednak wyciągnąć z niej wnioski. Optymizm bez cienia refleksji pozostawmy opozycji, która może wpaść w pułapkę samozachwytu sobą i modelem kampanii à la Komorowski. PiS nie może sobie pozwolić na podobny błąd.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl