Bez złudzeń

Totalna opozycja znów odwołuje się do ulicy i znów przegrywa. Nie powinno to nikogo dziwić – po jednoznacznym zachowaniu w Parlamencie Europejskim, gdy głosujący za sankcjami przeciw Polsce politycy PO nie tylko nie zostali ukarani, lecz także dumnie pokazywali miedziane czoła, Polacy nie mają powodu, by sądzić o nich cokolwiek dobrego.

Zwycięża pogląd – dobrze widoczny na portalach społecznościowych – że to współczesna targowica stara się blokować konieczną dla naprawy państwa reformę sądownictwa i na wszelkie sposoby usiłuje osłabiać Polskę. Że kuriozalne są ich okrzyki o „wolnych sądach” czy „upartyjnieniu wymiaru sprawiedliwości”, gdy publikowane są zdjęcia wychodzących z tajnej narady w siedzibie Platformy Obywatelskiej najważniejszych sędziów – szefowej Sądu Najwyższego czy byłego szefa Trybunału Konstytucyjnego. Gdy dodać do tego jednoznaczną obronę podejrzanego o związki z rosyjską FSB generała w wydaniu nie tylko krajowych polityków PO, lecz także jej byłego lidera atakującego bez najmniejszego zażenowania kraj, którego niedawno był premierem, to ocena musi być jednoznaczna. Strategia totalnej opozycji czy Kremla? Zbyt podobne, by Polacy mogli mieć złudzenia.

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Niedziela do przemyślenia. Krajobraz po wyborach samorządowych

W tekstach pisanych w noc wyborczą zawsze wypada zacząć od zastrzeżenia, że nie zna się jeszcze wyników. Pisząc te słowa, mam do dyspozycji jedynie wyniki exit poll i materiał w postaci obserwacji reakcji polityków, mediów i tych wyborców, którzy aktywni są w mediach społecznościowych.

Dwa tygodnie temu przewidywałem, że wynik wyborów pozwoli ogłosić zwycięstwo obu głównym stronom sporu, a każda z nich będzie miała do tego podstawy – Prawo i Sprawiedliwość zwiększy stan posiadania w sejmikach, Koalicja Obywatelska zachowa wszystkie lub prawie wszystkie fotele prezydentów miast. Jak na razie wszystko się zgadza, jednak należy się przyznać także do prognoz chybionych. Przewidywałem drugie tury i w Krakowie, i w Warszawie, zakładając równocześnie, że wygrana w drugim z tych miast jest praktycznie nieosiągalna. Wszystko wskazuje na to, że o ile Kraków pozostał w grze, Warszawa jest dla Patryka Jakiego stracona. Przynajmniej w tej kadencji.

Hiperaktywność nie pomogła
Prawo i Sprawiedliwość wybory do sejmików wygrywa w dziewięciu województwach, nie wiemy jednak, czy zdobędzie większość lub koalicjanta do rządzenia w wymiarze większym niż dotąd. Tak czy inaczej poprawia swój wynik w stosunku do poprzednich wyborów samorządowych, choć wypada słabiej niż w najlepszych sondażach. Niepokojąco dla PiS wypadają jednak wyniki z miast powyżej 50 tys. mieszkańców. Tu, zgodnie ze stereotypem, który został nadkruszony w wyborach parlamentarnych, wygrywa opozycja. Im większe miasto, tym wyraźniej. Co gorsza, patrząc już na wyniki wyborów prezydenckich w poszczególnych miastach, trudno jest dziś napisać oczywistą, wydawałoby się, konkluzję, że Prawo i Sprawiedliwość musi znaleźć sposób na wielkie miasta. W Warszawie zrobiono przecież bardzo dużo, by zdobyć sympatię mieszkańców i nie przyniosło to, jak widzimy, efektu. I na tym przypadku zatrzymam się chwilę dłużej.

Kampanii Patryka Jakiego nie można zarzucić właściwie niczego, przynajmniej jeśli chodzi o zaangażowanie kandydata i jego bezpośredniego otoczenia. Hiperaktywny Jaki spotykał się z mieszkańcami, budząc niekłamany entuzjazm. Zgłaszał mnóstwo propozycji dla miasta, przedstawiał program wielokierunkowy i dalekosiężny, ambitny i modernizacyjny, słowem, jawić mógł się jako wizjoner – tym samym łamał w drzazgi stereotyp PiS jako siły, która w obawie przed korupcją rezygnuje z modernizacji, co było najczęstszym chyba zarzutem wobec czasów Lecha Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu.

Angażem Piotra Guziała Jaki powinien zaś zaskarbić sobie poparcie części lewicowego miejskiego elektoratu lub przynajmniej trochę zneutralizować jego obawy, choćby kosztem nieznacznego procenta głosów prawicy, będącym do odzyskania w oczekiwanej przez wszystkich drugiej turze. Jedynym, lecz być może kluczowym gorszym momentem kampanii była debata prezydencka, w której Patryk Jaki wypadł nieźle, lecz moim zdaniem trochę poniżej oczekiwań. Tu jednak warto też zaznaczyć, że naprawdę niezły poziom wystąpień Marka Jakubiaka z prawej, zaś Piotra Ikonowicza z lewej strony nie przełożył się na wyniki wyborcze tych kandydatów.

Konserwacja patologii
Rafałowi Trzaskowskiemu zarzucano, że prowadzi kampanię w stylu Bronisława Komorowskiego. I ten zarzut był całkowicie uzasadniony, tyle że tak jak kampania 2015 wystarczyła Komorowskiemu, by wygrać w Warszawie w II turze, tak samo wystarczyła, by ten sam sukces – i to już za pierwszym razem – powtórzył Trzaskowski. Pomijając tradycyjny zestaw zarzutów co do uczciwości i przejrzystości procesu wyborczego (jak powtarzane historie o rzekomych autokarach zwożonych do stolicy wyborców z prowincji mających przeważyć szalę na rzecz Jakiego) czy skargi na wydawanie niekompletnych zestawów kart i inne sztuczki komisji, trzeba szukać przyczyn czysto politycznych.

Bardzo słabe wyniki pozostałych kandydatów, którzy mogliby w dalszym procesie wyborczym poprzeć Rafała Trzaskowskiego, pokazują, że obóz polityczny przeciwników PiS dokonał pełnej mobilizacji już w pierwszej turze i potraktował ją w pewien sposób podobnie do starcia Duda–Komorowski sprzed trzech lat. To wystarczyło, ponieważ tym razem warszawskiej specyfiki nie zrównoważyły głosy z innych rejonów kraju. Tymczasem, choć poza Jakubiakiem raczej trudno spodziewać się, by ktoś z kandydatów wprost poparł Patryka Jakiego w drugiej turze, można założyć, że jakiś niewielki procent głosów jednak przypadłby mu w kolejnym głosowaniu. Być może z prawej, która postanowiła zaczekać z poparciem, by okazać niezadowolenie z powodu zaangażowania Guziała, być może też ze strony miejskiej lewicy.

Należy dodać, że kandydatowi PiS nie pomógł na pewno agresywny spot antyimigrancki, który przypomniał lewicowym wyborcom o ich wszystkich obawach związanych z rządzącymi, które Jaki przez kilka miesięcy próbował rozwiewać. Wszystko to dałoby się naprawić w drugiej turze, być może też udałoby się jeszcze zdobyć nowe głosy, choćby w razie wygrania drugiej debaty prezydenckiej czy mobilizacji osób, które nie chciałyby czwartej kadencji PO i Hanny Gronkiewicz-Waltz. Gdy drugiej tury zabrakło, potwierdziły się wszystkie najgorsze stereotypy o warszawskich wyborcach, w swej większości egoistycznych i nieczułych na ludzką krzywdę, kierujących się bądź własnymi kompleksami, bądź tanimi chwytami każącymi wybrać raczej klasowego lizusa niż trochę zawadiackiego nowego. Czy będzie to oznaczało konserwację patologii ratusza i trwanie eldorado mafii reprywatyzacyjnej, a zarazem gehenny lokatorów? Zapewne tak.

Łzy dały procenty
Podobna sytuacja powtórzyła się, choć nie wszędzie, w innych dużych miastach. Uderza przypadek Łodzi, gdzie w obliczu wytoczenia przez władze centralne naprawdę ciężkich armat, mieszkańcy skonsolidowali się wokół skazanej już prawomocnym wyrokiem Hanny Zdanowskiej. Wygląda na to, że powtarza się historia Beaty Sawickiej, przynajmniej w wymiarze wizerunkowym. Łzy, wykreowanie się na ofiarę odniosły skutek, w czym zapewne pomogła również skromna skala wykroczenia prezydent.

Pierwsza tura załatwiła sprawę w Poznaniu, Lublinie (jak widać prezydentowi Żukowi nie zaszkodziła atmosfera wokół niedawnej parady równości), być może również we Wrocławiu, choć tu sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Duży sukces odniósł Kacper Płażyński w Gdańsku, początkowo wiele sondaży nie przewidywało jego udziału w dogrywce. Przegrana Jarosława Wałęsy ma znaczenie symboliczne.

PiS nie ma podstaw, by ogłaszać porażkę. Poprawił wyniki na szczeblu samorządowym, być może zdobędzie władzę w kilku sejmikach i będzie miał dobre relacje z prezydentami kilku całkiem dużych miast. Opozycja nie dostała premii za zjednoczenie, nie poprawiła stanu posiadania, lecz nie została też znokautowana. W Warszawie PiS przegapił najlepszy moment, pozwalając Hannie Gronkiewicz-Waltz dotrwać do końca kadencji.

Patryk Jaki nie powinien się znaleźć na bocznym torze, ponieważ pozostaje nową gwiazdą prawicy. W mniejszym stopniu dotyczy to też jego kolegów, którzy startowali w innych miastach. Partii rządzącej potrzebna jest jednak refleksja, czemu w tak dobrych warunkach nie udało się osiągnąć więcej. Ograniczona w zasięgu wygrana z niedzieli może być potraktowana jako otrzeźwienie przed wyborami parlamentarnymi. Trzeba będzie jednak wyciągnąć z niej wnioski. Optymizm bez cienia refleksji pozostawmy opozycji, która może wpaść w pułapkę samozachwytu sobą i modelem kampanii à la Komorowski. PiS nie może sobie pozwolić na podobny błąd.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl