Zamienił prezydent kadencję na generała

„Nowe otwarcie”, „nacisk na gospodarkę”, „zwrot ku centrum” – to od wczoraj najczęściej powtarzane hasła określające cele rządu poddanego rekonstrukcji. Nowy skład gabinetu ma być bardziej technokratyczny i „gładki”, a wymiana części ministrów ma ułatwić wygaszenie najgorętszych konfliktów toczących się zarówno w polityce międzynarodowej, jak i wewnętrznej.

Rzeczywiście, rozpoczęcie dialogu z brukselskimi elitami wydaje się warunkiem koniecznym znalezienia dla Polski innych niż Węgry sojuszników, dla których niemiecka dominacja w Europie również przestaje być wygodnym gorsetem. Koniecznym, bo dialog, kompromis, choćby w warstwie retoryki, jest obowiązującą formą europejskiej polityki, a postawy „nie oddamy ani guzika” nikt by nie zrozumiał. Jest to kierunek obiecujący, bo potencjalnych sojuszników zdaje się przybywać, a Polska ma w ręku wyjątkowo mocny zestaw argumentów merytorycznych.

Najważniejszym jednak celem zdaje się być znaczące wygranie wyborów samorządowych i, co ważniejsze, parlamentarnych. I to wygranie zdecydowaną większością, być może większością konstytucyjną. Opozycji faktycznie już nie ma, a zamiast niej grasuje hałaśliwa grupa politycznych rozbitków obsługujących zewnętrzne interesy. Elektorat mitycznego centrum, osierocony przez samokompromitującą się ciągłymi awanturami i pasztetem wigilijnym opozycję, która na domiar złego sama sobie ochoczo dokleiła wizerunek niemieckich konfidentów, wydaje się czekać na poważną propozycję ze strony prawicowo-centrowego już rządu. Tylko się schylić. Ale...

Elektorat patrzy

Już lipcowe weta prezydenta Andrzeja Dudy wystawiły tę grupę wyborców na próbę cierpliwości, a zmiana na stanowisku premiera efekt ten pogłębiła. Bezceremonialne odwołanie Antoniego Macierewicza ze stanowiska ministra obrony narodowej, polityka niezwykle zasłużonego, może stanowić kroplę, która przepełni czarę goryczy, dla najwierniejszego, patriotycznego elektoratu, dla którego to właśnie odwołany minister był gwarantem i symbolem nie tylko właściwego kierunku zmian w armii, lecz także wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Nadto ci najwierniejsi upatrują w odwołaniu Macierewicza uleganie medialnej nagonce spod znaku piątkowo-czerskich macherów i mogą przypuszczać, że w przyszłości może to dotknąć każdego polityka prawicy. Ci wyborcy, często wyszydzani i obrażani nawet przez publicystów określających się jako prawicowi, za chwilę zaczną się domagać słusznego szacunku i uwzględniania swoich aspiracji. A tych wyborców jest 20–25 proc. i bez ich poparcia – i co więcej, zaangażowania – nie da się wygrać wyborów. A już z pewnością nie da się wygrać wyborów prezydenckich.

Koziej wciąż żywy (w BBN-ie)

W politycznych rachubach coraz większą niewiadomą zdaje się być stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy, który za swój cel główny wybrał podkreślanie własnej pozycji i „podmiotowości”. W tym celu pan prezydent musiał znaleźć sojuszników w postaci części komercyjnych mediów i soldateski związanej z Biurem Bezpieczeństwa Narodowego zachowanym w kształcie praktycznie niezmienionym od czasów gen. Stanisława Kozieja. Soldateski, podkreślmy, zainteresowanej utrzymaniem status quo w armii, a przynajmniej osobistego bezpieczeństwa jej czołowych przedstawicieli. O kompetencjach zgromadzonych w BBN-ie dzielnych wojaków może świadczyć fakt przystąpienia w styczniu 2018 r. (sic!) do przygotowania nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP. Obecna jest nieaktualna, bo jak zauważył szef BBN‑u Paweł Soloch, „otoczenie bezpieczeństwa się zmieniło”. Cóż, można tylko pogratulować spostrzegawczości i refleksu.

W tej sytuacji konflikt prezydenta i jego otoczenia z Antonim Macierewiczem stał się naturalną konsekwencją determinacji byłego już ministra obrony w mozolnym wydobywaniu Polski ze stanu niemal całkowitej bezbronności. Pretekstem stała się sprawa gen. Jarosława Kraszewskiego, który nie przeszedł procedury clearingowej przeprowadzonej przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego.

Na marginesie dodać należy, że nigdzie na świecie w wojsku nie obowiązuje w procedurach sprawdzania lojalności zasada domniemania niewinności, a brak możliwości jednoznacznego wyjaśnienia wszystkich okoliczności skutkuje co najmniej odsunięciem od dostępu do danych wrażliwych. Nie miejmy jednak złudzeń, istnieje długa kolejka generałów czekających na polityczne ułaskawienie i przywrócenie do dawnych wpływów.

Jarosław Kaczyński musi mieć w pamięci wydarzenia z 1992 r., kiedy to konflikt z ówczesnym prezydentem Lechem Wałęsą doprowadził do rozbicia obozu patriotycznego i ponaddwudziestoletnie pozostawanie w opozycji, a tym samym brak możliwości zmieniania Polski. I z tego powodu nie będzie otwartej wojny z prezydentem Dudą. Pod jego naciskiem (czy też szantażem) Kaczyński zdecydował się czasowo wycofać i m.in. poświęcić Antoniego Macierewicza. Dobrą wiadomością jest nominacja ministra Mariusza Błaszczaka, jednego z najbliższych współpracowników prezesa PiS‑u, który będzie miał możliwość utrzymania dotychczasowego kierunku zmian, albowiem prezydentowi będzie szalenie trudno wytłumaczyć opinii publicznej przyczyny ewentualnego konfliktu z kolejnym ministrem obrony.

Marne zyski

Realnie pan prezydent zyskał niewiele. Ba! Zrobił wyjątkowo marny interes polityczny. Chwilę pustego triumfu gen. Kraszewskiego i erupcję radości takich postaci, jak generałowie Pytel, Koziej czy Dukaczewski. W istocie zamienił marnego generała na drugą kadencję i miejsce w historii. A faktyczną kontrolę nad armią i nad dalszym biegiem zdarzeń politycznych zachował jednak Jarosław Kaczyński. I to on zdecyduje, kto będzie kandydatem prawicy w następnych wyborach prezydenckich.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Sąd Najwyższy dla partii, których nie ma

„My niżej podpisani wzywamy do zrobienia wszystkiego, co możliwe, aby chronić niezależność wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Zwłaszcza wzywamy do jak najszybszego rozpoczęcia procedury naruszenia praworządności zgodnie z artykułem 7. Wzywamy również do wniesienia sprawy polskiej ustawy o Sądzie Najwyższym do Trybunału Sprawiedliwości UE tak, aby zatrzymać szkodliwą reformę najszybciej jak to możliwe”.

Któż podpisał się pod listem? „Zieloni, Wolny Sojusz Europejski”, „Europejska Partia Ludowa”, „Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica”, „Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów” oraz „Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy”. Nikt z czytelników tego tekstu nie głosował na żadną z tych partii. Bo nie da się na nie głosować. Te partie to stowarzyszenia prawdziwych partii politycznych z różnych państw Europy. Ich szefowie (pochodzący z Niemiec i Belgii) uznali właśnie, że mają prawo do decydowania zamiast Polski o tym, jak wygląda skład polskiego Sądu Najwyższego. Zrobili to, bo zostali poproszeni o interwencję przez ludzi, którzy w Polsce przegrali nie tylko ostatnie wybory, tak jak Platforma Obywatelska i PSL, ale również – jak środowisko „Gazety Wyborczej” – trwającą przez ostatnie 30 lat ideową wojnę o to, czy Polska ma nadal być postkomunistyczną republiką Okrągłego Stołu z uprzywilejowaną pozycją polityczną wybranych grup zawodowych, czy niepodległym demokratycznym państwem, w którym wszystkie władze, łącznie z sądowniczą, podlegają kontroli wyborców. Paradoks polega na tym, że to kartka wyborcza była bronią, za pomocą której środowisko „Wyborczej” tę wojnę przegrało. Żadnej demokratycznej legitymacji do podejmowania decyzji na temat polskiego systemu ustrojowego nie ma ani Trybunał Sprawiedliwości UE, ani Komisja Europejska, choć to te instytucje miałaby, zdaniem sygnatariuszy listu, zmusić Polskę do pozostawienia na stanowiskach skompromitowanych przez wiele lat trwania III RP sędziów SN. Wszystko wskazuje na to, że ta rozgrywka odbywa się nie bez udziału samych sędziów. Jak ogłosiła ostatnio prezes Sądu Najwyższego – nie zamierza ona składać wniosku do prezydenta o zgodę na pełnienie przez nią funkcji po osiągnięciu wieku emerytalnego. Taka decyzja ze strony pani prezes ma interesujące implikacje. Ewentualne podjęcie przez Trybunał Sprawiedliwości UE decyzji o zawieszeniu obowiązywania ustawy o Sądzie Najwyższym oznacza dla Unii, że żaden z przechodzących na emeryturę sędziów nie musi tego robić, a sędzią i tak pozostanie. Jednak z punktu widzenia Polski, 3 lipca upływa termin, w którym taka decyzja musi zostać podjęta. Jeśli więc prezes Gersdorf wniosku nie złoży, to po 3 lipca przestanie być prezesem SN. Może zatem dojść do sytuacji, w której UE oraz tak zwana totalna opozycja w Polsce wraz ze wspierającymi ją mediami uznawać będą Małgorzatę Gersdorf za prezesa Sądu Najwyższego, a polskie państwo – za byłą prezes. To potencjalnie oznaczać może stworzenie dwóch równoległych stanów prawnych: unijnego i polskiego. Ta sytuacja postawi zaś polskich polityków i sędziów przed wyborem, który będą musieli wytłumaczyć obywatelom. Czy za obowiązujący w Polsce stan prawny uważają ten, który jest wynikiem decyzji polskich wyborców, czy może ten, który wynika z wniosków składanych do Fransa Timmermansa i Jeana Claude’a Junckera przez niemieckich i belgijskich kumpli polityków, którzy w Polsce przegrali wybory.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl