Pętla polsko-ukraińskich sporów z historią w tle

W ostatnich 26 latach najczęstszym i najtrafniejszym zarzutem dotyczącym relacji polsko-ukraińskich była ich deklaratywność. Publiczne oświadczenia o strategicznym partnerstwie obu krajów rzadko przekładały się na praktyczne materialne współdziałanie. Atmosfera wzajemnych stosunków była doskonała, a za nią kryła się pustka braku rzeczywistych wspólnych działań, z rzadka przerywana operacjami polsko-ukraińskich jednostek w Iraku czy w Bośni, zakończonymi rozwiązaniem UKRPOLBAT (batalionu polsko-ukraińskiego) w roku 2010.

Dziś jest dokładnie na odwrót. Kwitnie współpraca wojskowa i akademicka, zacieśnia się kooperacja przemysłów zbrojeniowych i banków narodowych obu państw. Powstają nowe połączenia kolejowe, milion Ukraińców pracuje w Polsce, przyczynia się do jej wzrostu gospodarczego, a jednocześnie dokonuje transferu zarobionych pieniędzy do swoich rodzin na Ukrainie, ratując tym samym ich sytuację materialną. Atmosfera relacji wzajemnych jest jednak coraz gorsza. W krótkim artykule z limitem znaków nie sposób wyczerpać tak skomplikowanego tematu. Dlatego dziś zaprezentuję jego wycinek – kwestie wzajemnego rozumienia spojrzenia drugiej strony na wspólną historię.

Sytuacja na Ukrainie – niewiedza, mity i rosyjska agresja

W polityce – także historycznej – liczą się skutki, a nie intencje. Ukraińcy – jak sądzę przez niefrasobliwość, tzn. nie mając świadomości, że na Polaków zadziała to jak prowokacja – rozpoczęli jeszcze za prezydentury Wiktora Juszczenki ożywianie tradycji UPA. Był to najnieszczęśliwiej dobrany instrument zrywania z tradycją sowiecką. Rozpoczęto państwowe gloryfikowanie UPA – naturalnie jako partyzantki antysowieckiej (antymoskiewskiej), a nie organizacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków, którego Ukraińcy powszechnie byli nieświadomi i któremu do dziś zaprzeczają (a zatem – co logiczne – nie gloryfikują go, wszak nie można gloryfikować czegoś, o czym się twierdzi, że nie miało miejsca). UPA działała i pozostawiła po sobie pamięć rodzinną jedynie w pięciu z 25 obwodów obecnej Ukrainy – tzn. na tych jej obszarach, które do 1939 r. wchodziły w skład II Rzeczypospolitej. (Próby przeniesienia jej aktywności dalej na wschód zakończyły się niepowodzeniem). W ZSRS historii UPA nie uczczono, mianem bandytów obdarzano zaś, niczym w PRL-u, wszystkich walczących z Sowietami, oskarżając ich o wszelkie łajdactwa. Dziś, gdy ktokolwiek wydobywa na światło dzienne zbrodnie UPA, jest w odbiorze społecznym na Ukrainie postrzegany jako kontynuator tejże sowieckiej propagandy. W warunkach toczącej się wojny z Rosją zyskuje przy tym miano sojusznika Kremla.

Na Ukrainie Zachodniej pamięć o UPA jako pamięć rodzinna jest zatem ze względów oczywistych heroiczna (wszak nikt nie chwali się wnukom swoimi zbrodniami). Centrum i wschód kraju albo chłoną obecny oficjalny obraz heroiczny, albo pozostają pod wpływem tego, który istniał w Sowietach, a najczęściej niewielu ludzi to obchodzi. Skutek pamięci heroicznej jest zaś taki, że według niedawnych badań socjologicznych środowiska najsilniej przywiązane do tradycji UPA jako partyzantki antysowieckiej są jednocześnie tymi samymi, wśród których dominują sympatie do Polski, znanej przecież ze swojego oporu wobec Sowietów czy szerzej ze swojej antymoskiewskości.

Ze względu na brak wiedzy o roli UPA w eksterminacji ludności polskiej szacunek dla ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego lat 40. XX w. i sympatia dla Polski w wyobraźni licznych Ukraińców nie kłócą się ze sobą. Sam pamiętam, jak jakieś 15 lat temu w Kijowie, gdy zaśpiewałem XIX-wieczne dumki ukraińskich uczestników powstania listopadowego (a zatem dumki antyrosyjskie), jeden z ukraińskich profesorów, najwyraźniej chcąc mi zrobić przyjemność, zaśpiewał pieśń UPA o walce z Moskalami. Rozumiałem jego intencje, ale ze względów oczywistych większość Polaków odebrałaby taki gest bardzo źle.

Polski odbiór ukraińskiej polityki historycznej

Na brak orientacji Ukraińców w psychospołecznych skutkach, jakie w Polsce wywoła używanie na Ukrainie banderowskiej symboliki i tradycji, Polacy odpowiedzieli narastającą niechęcią, odbierając postawę Ukraińców jako intencjonalne i demonstracyjne lekceważenie pamięci polskich ofiar UPA. Oczywiście Ukraińcy nie mieli takich intencji, a kult UPA jest obecnie wyrazem i narzędziem mobilizacji mentalnej do wojny z Rosją, a nie emanacją wrogości do Polski, bo tej w liczącej się skali obecnie na Ukrainie nie ma. Realia jednak to jedna rzecz, a ich zrozumienie to druga. Ukraińcy nie tyle nie rozumieli, co nawet nie zastanawiali się nad realiami polskiej pamięci historycznej o UPA, Polacy zaś zupełnie nie rozumieją realiów obecnego kultu UPA na Ukrainie, gdyż ich nie znają. (By nie rozpoczynać zbędnej dyskusji, zaznaczę, że na Ukrainie skala rzeczywistej gloryfikacji UPA i Bandery jest znacznie mniejsza niż ta, jaką sobie wyobrażają Polacy). Gdy w tej sytuacji Polacy dawali wyraz swojej irytacji, Ukraińcy odbierali to jako atak na ukraińską godność narodową i próbę wybierania przez Polaków, kto może być ukraińskim bohaterem narodowym, a kto nie.

Spróbuję wytłumaczyć naturę tej sytuacji na przykładzie hetmana Stefana Czarnieckiego – bohatera wojny ze Szwecją. Za tę wojnę jest wszak czczony i właśnie jego w niej udział pamiętamy. Kto zaś wie, że zmarł od rany zadanej mu przy zdobywaniu miasteczka Stawiszcze na Kijowszczyźnie, którego ludność wraz z kobietami i dziećmi kazał wymordować? W Polsce słyszeli o tym tylko historycy. Gdyby Ukraińcy kult Czarnieckiego uznali za wyraz polskiej antyukraińskości i za gloryfikowanie dokonanej na jego rozkaz zbrodni, reakcja Polaków byłaby podobna (oczywiście z zastrzeżeniem różnicy skali i czasu – od ludobójstwa na Wołyniu minęły 74 lata i pamięć rodzinna o nim trwa, od rzezi Stawiszcza minęło lat 352 i żadna pamięć rodzinna już ofiar nie opłakuje).

Wzajemna nieświadomość realiów psychospołecznych spowodowała zapętlenie się sporu w obie strony (tzn. opinie publiczne obu stron w tej warstwie ludności, która się w ogóle owymi kwestiami emocjonuje, co dotyczy znikomego procentu obu narodów), zamiast zastanowić się nad socjotechniką rozwiązania zaistniałego problemu, oburzają się na drugą stronę. W tej atmosferze nastroje dodatkowo świadomie podgrzewa Moskwa, a osobną rolę odgrywają także ultrapatrioci obu stron, hałaśliwi, choć wyborczo bez szans.

Realia

Ostatnie doświadczenie polskie z Marszem Niepodległości powinno uzmysłowić Polakom, jak łatwo przykleić komukolwiek łatkę nazistów, którzy ponoć od dawna dominują na Ukrainie w swoim banderowskim wydaniu, a ostatnio rzekomo 60 tys. ich polskich odpowiedników maszerowało po Warszawie. Jak jest w Polsce – wszyscy wiemy, na Ukrainie zaś poparcie dla współczesnych partii i ugrupowań odwołujących się do dziedzictwa UPA (w jego antysowieckim nurcie) ma charakter marginalny i ogranicza się do zachodnich regionów kraju, stolicy lub terenów przyfrontowych. Jeśli zatem banderowcy dominują na Ukrainie, to w Polsce dominują Nowoczesna, ONR, Obywatele RP, Janusz Korwin-Mikke albo partia Razem.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Podwójna natura wojskowego eksperta

Czy warto poświęcać uwagę zasadom etyki w dziennikarstwie, gdy milionowe rzesze użytkowników mediów atakowane są co chwila rozmaitymi, sensacyjnymi informacjami – nierzadko po prostu wyssanymi z palca, bądź zdobywanymi bez jakiegokolwiek sprawdzania wiarygodności źródeł ich pochodzenia? Gdy coraz częściej poklask i uznanie zdobywają „prawdy”, które na rynku medialnym po prostu sprzedają się łatwo i szybko?

A jednak, wbrew pozorom, dopóki zawód dziennikarza wciąż istnieje, i wciąż funkcjonują w obiegu publicznym osoby, które tę profesję wykonują, powinny obowiązywać je określone zasady przedstawiania treści, które docierają do opinii publicznej. Dla dużej części moich kolegów po piórze zasady te są jasne i nikomu nie trzeba tłumaczyć, że należy ich przestrzegać.

Bowiem tekst, zwłaszcza informacyjny (w odróżnieniu od odpowiednio zaznaczanego komentarza) oprócz tego, że ma przyciągać uwagę odbiorców, a więc być odpowiednio atrakcyjnie „przyrządzony”, musi spełniać kryteria obiektywizmu, być napisany z uwzględnieniem różnych punktów widzenia. Tak, by nie sprawiał wrażenia, że został stworzony „pod potrzeby” określonego podmiotu (biały piar): danej firmy, bądź osoby, lub przeciw nim (czarny piar).

Przekładając to na konkretne przykłady, można sobie np. wyobrazić, że w mediach pojawia się informacja o faworytach do zwycięstwa na festiwalu piosenki, z której wynika, że tym „murowanym” jest X. I to pomimo, że zyskał najmniej oklasków i nie wzbudził większego zainteresowania na żadnym z portali społecznościowych. Za to – o czym nie wiedzą czytelnicy owej „informacji” - za tym wykonawcą stoi określony koncern muzyczny, z którym współpracuje jej autor.

W realu wygląda to nierzadko tak, że następuje pomieszanie ról dziennikarza i PR-owca, lub – co może jeszcze gorsze – pełnienie ich przez jedną osobę. Co więcej, występują już przypadki, że taka osoba się z tym stanem rzeczy specjalnie nie kryje. Np. Marcin Górka, znany ekspert w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego i branży wojskowej.

„Polska zbrojeniówka w Paryżu”, „Polski sprzęt w Ostrawie, czyli jak promujemy się w NATO”, „”Polskie kły” na morzu, czyli pływające muzeum” (Onet.pl); „Błękitna Brygada wyruszyła do Hohenfels”, „Komandosi po raz dziewiąty w Dziwnowie”, „Poligonowa premiera Raków 12 brygady”, „Licytacja na rzecz weteranów” (Polska Zbrojna) – to tylko niektóre tytuły tekstów z ostatnich miesięcy, autorstwa Górki, współpracującego z zarówno z portalem Onet.pl, jak i „Polską Zbrojną” – miesięcznikiem wydawanym przez Wojskowy Instytut Wydawniczy, utworzonym przez MON.

Co ciekawe, red. Górka – wcześniej m.in. dyr. ds. marketingu Polskiego Holdingu Obronnego – działa równolegle w innej roli, choć wciąż w tej samej branży. Od kilku lat (data wpisu do KRS: grudzień 2014 r.) jest bowiem właścicielem agencji PR MGPR, zarejestrowanej w Szczecinie. Niestety w roli dziennikarza, w swoich tekstach promuje nierzadko produkty firm, w których promowanie zaangażowany jest jako PR-owiec. Tak jest w przypadku produkującej dla wojska pojazdy firmy Concept (jest jej rzecznikiem), a także Griffin Group Defence.

Jak nietrudno się domyślić w żadnym z tekstów nie zaznaczono, że Górka pracuje na rzecz tych firm.

Przykładowo w tekście o wspomnianym tytule „Polska zbrojeniówka w Paryżu”, z czerwca br. pisanym dla Onet.pl dowiadujemy się, m.in., że „Z Bielska-Białej po raz pierwszy do Paryża przyjechała prywatna firma Concept, przywożąc ze sobą trzy przeznaczone dla wojska pojazdy wspólnie z państwowym Polskim Holdingiem Obronnym. To Wirus IV(…). 118 takich pojazdów ma trafiać do rozpoznawczych pułków polskiego wojska od 2020 roku. (…)Po raz pierwszy do Paryża przyjechały też zbudowane w bielskiej firmie pojazdy „Dino”. To auta, które potencjalnie zastąpić mogą wysłużone w naszym wojsku honkery. (…) Podwozie „Dino” skonstruował Mercedes a specjalny napęd austriacki Oberaigner. Cała reszta to dzieło polskiego producenta.”

W całym tekście padają też informacje o innych polskich producentach uczestniczących w paryskich targach – jednak ta o pojazdach firmy, z którą związany jest red. Górka, jest jakoś szczególnie obszerna. Podobnie wygląda to m.in. w tekście sprzed roku dla Polski Zbrojnej (Zwiadowcy będą jeździć Wirusami): „118 pojazdów Wirus IV trafi w najbliższych latach do jednostek rozpoznawczych. To polska konstrukcja, przystosowana do poruszania się w trudnym terenie, którą można przetransportować śmigłowcem i desantować na spadochronie. Umowę na dostawę podpisano w środę na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach” – itd. itp.

A o to post z FB agencji MGPR z kwietnia br.: „Wybuchowo było dzisiaj w WITU w Zielonce. Pokaz nowoczesnych granatów, dymów i innych materiałów wybuchowych zorganizował Griffin Group Defence. Plus piękna pogoda. I cudowne „barwy walki”. MGPR zaprosił na to wydarzenie dziennikarzy z branżowych mediów”.

Kto wie, czy wyjątkowo „ciepły” tekst o ofercie niemieckiego koncernu TKMS dotyczący przetargu na dostawę okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej, także napisany przez Górkę, nie powstałby, gdyby okazało się, że autor nie jest w jakiś sposób powiązany z tą firmą.

Oto fragment tekstu: „Niemcy: okręty podwodne chcemy budować w Polsce” (portal Onet.pl), z 15 września 2017 r. „Polska Marynarka Wojenna gwałtownie domaga się nowoczesnych okrętów podwodnych, bo pierwsze z użytkowanych obecnie już ponad 50-letnich typu Kobben trzeba jeszcze w tym roku wycofać ze służby. (…)Niemcy zapowiadają, że polscy pracownicy mogliby szkolić się w niemieckiej stoczni w Kilonii przy budowie okrętów dla innych kontrahentów. Przeszkoleni wróciliby do kraju, by już pierwszy okręt dla naszej Marynarki Wojennej powstawał w polskiej stoczni. Niemiecki tkMS odkrył karty ujawnił plan zbudowania w Polsce linii produkcyjnej”.

Podobnie, nie wiadomo czy red. MG nie powiązany jest z agencją fotografii wojskowej (strona www.comcam.pl), której fotografiami bardzo często ozdabia swoje teksty (także ten powyżej) w mediach.

Sam red. Marcin Górka nie dostrzega niczego specjalnie niestosownego w swej „dwutorowej” działalności. Na wysłane mu pytania odpowiedział: „Prowadząc działalność gospodarczą jako MGPR nie jestem zatrudniony w Onet.pl. Nie widzę wewnętrznego konfliktu w swojej działalności zawodowej, gdyż w Onet.pl publikuję wyłącznie artykuły o charakterze informacyjnym i relacjonującym oraz dostarczam fotografie”.

Jak widać, czytając rozmaite teksty prasowe, zwłaszcza przedstawiane jako „fachowe” – zawsze warto stawiać pytania pochodzące, ze starej, wydawałoby się minionej epoki: kto za tym stoi i czemu to służy? Unikniemy wówczas niepotrzebnych rozczarowań.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl